|
Archiwum
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Inne
Japonia
Japonia inaczej
|
piątek, 11 marca 2011
Wielka woda
Zaczęło się niewinnie. Ja przed komputerem przy pracy, Akiko w pokoju przy pakowaniu, gdy trochę mną zatrzęsło, nie bardziej niż przeciętnie. - Jisho! - wykrzyknąłem, myląc trzęsienie ziemi, czyli Jishin ze słownikiem i podreptałem do pokoju, do telewizora. Po drodze trzęsło mną coraz mocniej, ale mieszkamy na pierwszym piętrze teraz, więc budynek właściwie tylko trochę trzeszczał i nawet się nie chwiał za bardzo. W telewizji zaczęły się pojawiać pierwsze komunikaty i reportaże z miejsc dotkniętych trzęsieniem, by po chwili zupełnie zastąpić jakiekolwiek inne programy. Pierwsze doniesienia wyglądały na poważne, ale nie wykraczające poza to, co już widziałem. Trzęsące się obrazy z kamer widokowych, rozchwiane sceny ze stacji telewizyjnych, gdzie kamera jest zawsze pod ręką, ujęcia z rozbitymi butelkami w sklepach itp. Nawet pierwsze ostrzeżenia o nadchodzącej fali tsunami nie były alarmujące - kilkadziesiąt centymetrów, tylko, że bardzo szybko uaktualniono je najpierw do kilku metrów, a później nawet do dziesięciu. Zapewne wielu osobom zabrakło czasu, by się ewakuować, pierwsze fale przyszły może dziesięć czy piętnaście minut po trzęsieniu. Ale trudno jest oglądać na ekranie telewizora zdjęcia z helikopterowej kamery pokazujące maciupeńkie samochody jadące na spotkanie nadchodzącej śmierci i nie krzyczeć - zawracajcie, gdzie jedziecie! Trudno jest oglądać brudną, pełną zebranego po drodze żniwa pni, dachów, samochodów i wszystkiego innego falę pochłaniającą po drodze kolejne domy i pola, przelewającą się ponad drogami, odcinającą ostatnią szansę ucieczki. I chociaż trzeba, trudno jest po tym wszystkim pójść jak co dzień do pracy, przejechać jak zwykle metrem, rozmawiać o niczym ze uczniami i zjeść zwykłą kolację, ze świadomością, że gdzieś tam niedaleko w przeciągu kilku minut zginęło kilkadziesiąt, czy kilkaset osób, a tysiącom ich zwykły, codzienny świat zmył się z wielką wodą.
wtorek, 14 sierpnia 2007
Gorąco
Przede wszystkim, od dłuższego czasu nic nie piszę, bo się przenoszę, a raczej noszę z myślą o przeniesieniu pod inny system. Jak to w końcu zrobię, dam znać.
Z nowości mamy niewiele. Przede wszystkim i nas dopadła fala gorąca. Po deszczowym lipcu i takimż początku sierpnia nagle zrobiło się ponad 30 stopni, bodajże wczoraj osiągając rekordowe tutaj 34 stopni.
Jutro zaś wybieramy się do Shiretoko - jednego z trzech w Japonii miejsc Światowego Dziedzictwa Natury według UNESCO. Jak będzie - zobaczymy.
wtorek, 17 lipca 2007
Czerwone porzeczki w parku Yurigahara
Operatorem kamery raczej nie zostanę, ale co nieco widać i co nieco słychać. Porzeczki były kwaśne, ale kto by tam narzekał, jak cud, że w ogóle były.
poniedziałek, 16 lipca 2007
Saku Rambo
Sakuranbo to wiśnie, czyli czereśnie. W każdym razie owoce. Poczyniłem w owym wiśniowym sadzie niezłe szkody, a do domu dowieźliśmy dalsze pięć kilo owocu. Najdroższe pięć kilo czereśni w moim życiu - lekką ręką ponad dwieście złotych! Szkodnik ze mnie.
sobota, 14 lipca 2007
jak makiem zasiał
Ktoś by pomyślał, że to Polska, a to Sapporo.
piątek, 13 lipca 2007
W lipcu jak w garncu
W Polsce zimno i pada? Nic się nie martwcie, w Japonii też. Temperatury jak z wiosny, jak w południe da się założyć krótki rękawek, to wieczorem już trzeba się wbić w sweter. I chociaż zaopatrzyłem się w nowe ubrania letnie i drugi wiatrak, na razie nie bardzo są potrzebne. Może to globalne ocieplenie jednak nie nadejdzie?
sobota, 07 lipca 2007
Tom & Shiyo & Uyu
W czerwcu spotkałem się z moim uczniem z Kobe, który zwiedzał Sapporo i okolice ze swoimi dziećmi
piątek, 06 lipca 2007
Dlaczego nie zostanę Harry Potterem
Na magię nie mam szans, co najwyżej na charłaka, a wszystko przez małą saszetkę z sosem z bazylii, którym miałem sobie pokropić pizzę. Zwykle takie plastikowe saszetki mają z boku nacięcie umożliwiające otwarcie zawartości bez użycia ostrych narzędzi. Japończycy jak zwykle poszli dalej i wyprodukowali plastik, który w teorii nie wymaga nawet nacięcia. Nazywa się to cudo MagicCut i powinno da się otworzyć gołymi rękoma. Niestety, nie moimi. Wszystkie nadzieje na zostanie czarodziejem prysły - nie mam w sobie ani krztynki magii. No, może jednak jeszcze jest jedna nadzieja - mam po prostu dwie lewe ręce.
MagicCut w akcji
czwartek, 05 lipca 2007
Japońskie tango*
W niedzielę mieliśmy spotkanie polsko-hokkaidowskiego stowarzyszenia kulturalnego. O co w tym wszystkim chodziło, tak do końca nie wiem, ale polski udział sprowadzał się głównie do wyrecytowania polskich wierszy. Był Słowacki i Szymborska i Tuwim i Brzechwa, natomiast mi od dłuższego czasu chodziły po głowie słowa, które choć japońskie, czasem brzmią dziwnie znajomo. I stąd powstał niniejszy wierszyk: Chociaż japoński dziwna języka Swojsko mi w kraju gdzie BOCIAN (坊ちゃん) SIKA (鹿) MAMUSI (マムシ) GĘBA (現場) ALA MA ( あらまあ) KOTO (琴) Japońskie słowa znajome CIOTO ( ちょっと) Mój kraj jest HEN (変) Lecz jak nie wypić kieliszek UOKKA ( ウォッカ) gdy za premiera ma się SIUSIOKA? ( 首相 か) Kiedy wypłatę z geście ułańskim oddaję żonie krzyczy w zachwycie Sutasin DAI ski ( スタシン 大 好き) Japoński trudny wniosek się prosi lecz w miksie z polskim to jaja kosi ( ややこしい) Jest szansa, że wierszyk zrozumie drobna garstka polskich japonistów, tudzież japońskich polonistów. Teraz więc wyjaśnienie japońskich słów dla reszty z nas: Tango, czyli Tango - słowo, słowa Bocian, czyli Boutchan - syn, synek; Sika, czyli Shika - jeleń Mamusi, czyli Mamushi - żmija jadowita; Gęba, czyli Genba - miejsce, scena (wypadku, przestępstwa itp) Ala ma, czyli Aramaa! - wykrzyknięcie, coś w rodzaju, o jej!; Koto, czyli Koto - tradycyjny instrument muzyczny Cioto, czyli Chotto - trochę Hen, czyli Hen - dziwny, odmienny Uokka - Wódka Siusio, czyli Shushou - premier, kanclerz; Ka - pytajnik Stasinski, czyli Su Ta Shin Su Ki w japońskiej transkrypcji; Daisuki - kochany Jaja kosi, czyli yayakoshii - skomplikowany, złożony. Dla Japończyków też mieliśmy tłumaczenie, ale tutaj chyba się bez niego obędzie. Japonskie Tango, originally uploaded by estiej.
sobota, 09 czerwca 2007
Pan T.
Dzisiaj z serii studenckiej. Pan T. ma czterdzieści parę lat, żonę i dziecko. Ze mną uczy się angielskiego od mniej więcej dwóch lat, bez większych postępów. Kilka tygodni temu wybrał się do Tokio, do tamtejszego Disneylandu. Wypytałem go o szczegóły pobytu, co robił, co jadł, co mu się podobało, a co nie. Następnie wypytałem się o żonę i jej wrażenia. Na koniec zapytałem o syna. - Syn został w domu z babcią i nie wie, że byliśmy w Disneylandzie - padła odpowiedź. W tym tygodniu zaś wybrał się z żoną na Piratów z Karaibów. - A syn był u Babci? - zapytałem. - Tak, zgadza się. - odparł pogodnie pan T.
sobota, 12 maja 2007
Homacofobia
W czwartek zadzwonił telefon, odebrała Akiko i po kilku "hai" z jej strony mogłem sobie wyobrazić przebieg rozmowy: Pan z Homaca - Przepraszam, czy to pani Takeya? Akiko - Tak. Pan z Homaca - Przepraszam, dzwonię z Homaca (takie duże centrum AGD, DIY, RTV itp.). Akiko - Tak. Pan z Homaca - Przepraszam, zostawiła u nas pani rower do naprawy, czyż nie? Akiko - Tak. Pan z Homaca - Przepraszam, problem z dętką, czyż nie? Akiko - Tak. Pan z Homaca - No więc ja strasznie przepraszam, nie byliśmy w stanie znaleźć dziury w dętce. W związku z tym ogromnie przepraszam, ale niezbędna będzie wymiana dętki i opony. Koszt naprawy wyniesie 4400 jenów. Czy decyduje się pani? Akiko - Przepraszam na chwileczkę. W tym momencie bowiem Akiko przeżywa konflikt mentalny z jednej strony chcąc być porządną Japonką, która nie sprawia kłopotu, a z drugiej walcząc z właśnie doznanym szokiem cenowym, rower bowiem kupiliśmy za 9 tysięcy pięć lat temu i jego naprawa wyniosłaby więcej niż aktualna wartość rynkowa. Po krótkim zdaniu mi relacji z rozmowy telefonicznej, upewniam się co do faktów: Ja - Więc oni chcą czterech tysięcy z kawałkiem za wymianę dętki, w której nie mogą znaleźć dziury? Akiko - Tak. Ja - Powiedz im, żeby nas pocałowali w ... Akiko - Panie z Homaca, przepraszam, odwołujemy zlecenie. Pan z Homaca - Strasznie przepraszam... W piątek wybrałem się do sklepu piechotą, odebrałem rower, kupiłem nowy wentyl za 250 jenów, napompowałem koło i pojechałem do domu bez najmniejszego problemu. Tylko cały czas zastanawiałem się, czy panu z Homaca przyszło do głowy, że zrezygnujemy z ich usług na czas bliżej nieokreślony i czy nie lepiej było zaproponować nam jednak wymianę zepsutego wentla zamiast dobrej dętki.
wtorek, 08 maja 2007
Piknik na Okrągłej Górze
Nie wiem, czy Maruyama jest taka okrągła, jak wskazywałaby na to nazwa, ale niczym w arturiańskich legendach wszyscy piknikowicze siedzą sobie równo na glebie i wesoło raczą jedzeniem i napitkiem. Oto jedno z przykładowych zdjęć z niedzielnego pikniku polonijnego:
sobota, 05 maja 2007
Onuma numa nej i Hakodate
Tydzień temu wybraliśmy się na wycieczkę krajoznawczą w południowe rejony Hokkaido, bo tam cieplej i zieleniej miało być. Nie było.
OnumaPierwszego dnia zatrzymaliśmy się w parku Onuma, znanym z dwóch dużej wielkości stawów, lub też małych jezior, zależy jak patrzeć. O pogodzie można powiedzieć, że było przyzwoicie ciepło i nie padało. Niestety nie na tyle ciepło, żeby było się czym chwalić w Sapporo. Samo miejsce jest bardzo przyjemne, co widać na zdjęciu poniżej i innych zdjęciach na flickrze:Większe z jezior jest usiane malutkimi wyspami, połączonymi mostami. W sumie są tam dwie trasy, którymi można się przechadzać z wyspy na wyspę. Ewentualnie można też wynająć łódź i powiosłować, lub jak my, popedałować na falach jeziora. Na noc zostaliśmy w hotelu Prince, który mógłbym polecić osobom grającym w golfa i lubiącym mikroskopijne baseniki w gorących źródłach. I bardzo drogie obiady. No, ale łóżka były wygodne. HakodateZ Onumy do Hakodate jest już zaledwie jakieś pół godziny pociągiem, więc poniedziałkowe popołudnie spędziliśmy w najstarszym, podobno europejskim w klimacie, mieście na Hokkaido. Ta europejskość szczerze mówiąc nie rzuciła mi się szczególnie w oczy, choć przejażdżka bez biletu tramwajem numer pięć przypomniała mi stare czasy. Zaliczyliśmy oczywiście obowiązkowe pozycje wycieczkowe, czyli ruiny fortu Goryokaku i stare miasto z konsulatem brytyjskim, katolickim kościołem i jakąś tam rezydencją, po czym udaliśmy się na prawdziwy powód naszej wizyty - miejscowe piwo: Hakodate i Onuma są nastawione na turystyczną kieszeń i wszystko kosztuje cholernie drogo, więc i przy piwie raczyliśmy się nim z miniaturowych szklaneczek po cenie dwulitrowych kuflów, ale niech tam, być w Onumie i nie spróbować Indian Pale Ale (drugie najgorsze piwo świata), to jak być w Hakodate i nie spróbować Weizen (najgorsze piwo świata i układu słonecznego). Serdecznie polecam.
poniedziałek, 09 kwietnia 2007
Polskie godło
środa, 28 marca 2007
Kiedy zaczyna się wiosna?
Na dobrą sprawę zaczęła się w lutym, gdy na drzewie znaleźliśmy bazie: ![]() Akiko z baziami Na dobrą sprawę zaczęła się tydzień temu, w dzień zrównania dnia z nocą, który w Japonii jest dniem wolnym od pracy. Udaliśmy się wówczas do lokalnego onsenu, gdzie wymoczyliśmy tyłki w gorącej wodzie wraz z dziesiątkiem innych nagich ludzi. Na dobrą sprawę zaczęła się w niedzielę, kiedy temperatura sięgnęła powyżej dziesięciu stopni i świeciło słońce. Dla mnie jednak zaczęła się dzisiaj, gdy po raz pierwszy tego roku wsiadłem na rower i popedałowałem na polonijny lunch. Szkoda tylko, że pierwszego dnia wiosny padał śnieg.
niedziela, 18 marca 2007
Czarny pas Akiko
Z okazji drugiej zimy w tym roku wybraliśmy się na gorące Kyushu. A właściwie do domu towarowego Maruimai, gdzie sprzedawano kyushańskie żarcie. Z tej okazji zakupiliśmy najdroższe w naszej historii ciasto truskawkowe, smażone kurczaki i smażoną rybę fugu. Tak, tę trującą rybę rozdymkę, czy jak jej tam na imię. Akiko smakowała, mi tak sobie, choć możliwe że pewien odruch wymiotny wiązał się raczej z moimi oczekiwaniami rychłego i bolesnego pożegnania się z tym światem, niż z samymi doznaniami smakowymi. I jak tak sobie się przechadzaliśmy po śródmiejskim Sapporo rozmowa jakoś zeszła na japońską kaligrafię, gdyż wcześniej Akiko wspomniała, że ma dan w shodo. Ja jakoś słabo kontaktuję ten japoński, więc po kilku godzinach dopiero dotarło do mnie, że już kiedyś to słowo "dan" słyszałem. I ni stąd ni zowąd musiałem się jej spytać - To znaczy, że masz czarny pas w kaligrafii? - Tak - odparła dumnie posiadaczka czarnego pasa i czarnej kurtki zimowej.
wtorek, 13 marca 2007
Stary niedźwiedź mocno śpi
Chciałem napisać już wczoraj, ale nie dałem rady. Wszystko boli. Wczoraj od samego rana Akiko zerkała na mnie z niewyspanym wyrzutem. - Co jest? - Nie pamiętasz? - Nie. - Nie pamiętasz, jak cię budziłam w nocy? - Nie. A co, znowu zgrzytałem zębami? - Gorzej. Najpierw mi się śniło, że jestem na placu budowy, później, że w samochodzie, później, że w pociągu... - Aha. - W końcu się obudziłam, chrapałeś tak niemiłosiernie, że cię obudziłam. - Na serio? - No, spytałeś się, czy chrapiesz i usnąłeś znowu. - Nic nie pamiętam. - Ja ci to popamiętam! Na swoje usprawiedliwienie mogę jedynie powiedzieć, że byłem bardzo zmęczony i obolały po niedzielnym nartowaniu. No więc nartowanie. Wybraliśmy się w niedzielę, bo jak się okazało, był to ostatni dzień sezonu narciarskiego. Śnieg był faktycznie stary i twardy jak tygodniowy chleb. Na dodatek wiał wiatr na tyle silny, że chwilami wystarczało stać prosto i jechało się samemu. Resztę niech opowiedzą zdjęcia: http://www.flickr.com/photos/38679056@N00/sets/72157594584245623/ i filmik:
niedziela, 18 lutego 2007
Piwo ryżowe i nie tylko
Ostatnio zajrzałem na wątek Co was szokuje w Japonii i przypomniało mi się jedno odkrycie dokonane po sześciu latach pobytu w Sapporo - większość tutejszych piw warzy się z dodatkiem ryżu, kukurydzy i skrobii. I to nie są jakieś podłe happoshu (pieniste napoje) a porządne piwa, które mi osobiście całkiem smakują, na przykład Kirin Lager: Na szczęście są też piwa warzone metodą bardziej tradycyjną, przy użyciu wyłącznie pszenicy i chmielu i od przesiadam się na Sapporo Classic i Kita no Syokunin (profesjonalista z północy, dostępne tylko na Hokkaido :)
piątek, 09 lutego 2007
Sześć lat za...
Za co można dostać sześć lat? Za "kierowanie gangiem", za "podrabianie lub kradzież środków płatniczych", jak i za "gwałt na siostrzenicy". Jak widać są to poważne wyroki. Ja tylko tak sobie myślę, że rok temu pięć lat wydawało się jakoś dużo krótsze. A co dopiero będzie z dożywociem? Na weselszą nutę - mamy nowy komputer, który bardzo przyzwoicie śmiga. Trochę się broniłem przed vistą i miałem nadzieję, że zamiast tego przesiądę się na Linuxa, ale po mniej więcej pięciu dniach walki komputer mniej więcej działa, jak powinien. Hip hip hurra.
niedziela, 21 stycznia 2007
Kraj wschodzącej gwiazdy (ekranu)
Dla Polaków pamiętających jeszcze czasy przed Małyszem, Sapporo kojarzy się z jednym - Wojtkiem Fortuną zdobywającym złoty medal w skokach na zimowej olimpiadzie w 1972 roku. Do tej pory mam w klaserze serię znaczków z Bahrainu upamiętniającą te igrzyska. Kiedy więc dostałem maila z pytaniem, czy nie chciałbym postatystować w telewizyjnym filmie o miłości sprzed trzydziestu pięciu lat, odpowiedź mogła być tylko jedna. Od tego czasu, czyli od poniedziałku, moje życie zamieniło się w sen. Sen zaczyna się wcześnie rano, między piątą a góra szóstą. W hipnotycznym transie wstaję, zmuszam się do przełknięcia namiastki śniadania i wyjeżdżam w okoliczne góry, gdzie przez osiem średnio godzin mrozów i porywistych wiatrów kręcimy półminutowe ujęcie, przerywane oczekiwaniem na w sumie nie wiadomo co. Film opowiada prawdziwą podobno historię miłości Tajwańczyka i Japonki. Tajwańczyk, po raz pierwszy w życiu widząc śnieg jednak bierze udział w slalomie i udaje mu się doślizgać się jakoś na linię mety bez większych uszkodzeń na ciele (nie wiem jak umyśle, ale to pewnie miał już wcześniej). My, czyli białoskórzy udajemy narciarzy innych narodowości. Mnie na razie trafił się Szwajcar i Czech, natomiast do wyboru były jeszcze Szwedzi, Norwegowie i inni, z bolesnym brakiem polskiej reprezentacji. Ponieważ jednak kostiumy dostarczane przez producentów nie są najcieplejsze (pierwszego dnia był to jedynie cieniutki sweter), najbardziej lubię grać samego siebie - młodą, przystojną, wschodzącą gwiazdę ekranu, tym bardziej, że najwidoczniej moja puchowa kurtka i polarowe rękawiczki pasują jak ulał do lat siedemdziesiątych, a mi jest minimalnie cieplej. Najciekawsze zdjęcia z planu można chyba zobaczyć na flikr skąd ukradłem to zdjęcie: ![]() Łukasz (Norweg), Jola (Amerykanka), Edzia (Norweżka) i ja (Ja) I jeszcze kilka zdjęć ode mnie na flickrze ![]() Na planie filmu na górze Teine
sobota, 13 stycznia 2007
Japońskie fale mody
Wydaje mi się, że w Japonii pewne zjawiska występują falami. Ostatni rok zaznaczył mi się w pamięci powtarzającymi się wiadomościami o trzech, raczej nieprzyjemnych zjawiskach. Najpierw była wiadomość o staranowaniu samochodem grupki dzieci na chodniku. Kierowca tłumaczył się, że zajęty był zmienianiem kasety w odtwarzaczu i mimowolnie zjechał z jezdni. Po szoku, żałobie i słusznym oburzeniu na bezmyślność takiego postępowania za kółkiem gazety bardzo szybko doniosły o dwóch czy trzech podobnych wypadkach. W jednym przypadku podobno kierowca zrobił to celowo, by zemścić się za maltretowanie wnuka. Później były wiadomości o samobójstwach uczniów. Chociaż to zjawisko w Japonii częściej spotykane niż w Polsce, jesienią uczniów od podstawówki aż po koledż ogarnęła istna gorączka skakania z dachów wysokich budynków, za główny powód podając kocenie (bullying) ze strony innych uczniów i nauczycieli. Może i tak, ale na wiosnę tak nie skakali. Moda nagle się urwała, gdy wyszło na jaw, że mocno nagłośniony list od ucznia grożącego samobójstwem na tle prześladowań sfabrykowała szkolna bibliotekarka. Ostatnio dość makabryczną modą jest ćwiartowanie zwłok. Jeszcze w grudniu znaleziono w Tokio worek z ludzkim kadłubem. Od tego czasu znaleziono już kilka nóg, głów i reszty członków, a nawet pokawałkowaną siostrę w szafie własnego brata. Celowo używam tu słowa "moda". Trudno mi uwierzyć w przypadkowość takich zbiegów okoliczności. Zdaje się, że Japończykom, poddanym zbyt silnej presji społecznej na zachowanie jednomyślności, potrzebny jest jakiś przykład, ktoś kto wskaże drogę, a reszta jakoś pójdzie.
środa, 03 stycznia 2007
Co za noc!
Na pewno kilka osób zastanawia się, jak może wyglądać obchodzenie Nowego Roku w Japonii. Najkrótsza odpowiedź brzmi - domowo. Żeby nie uogólniać, wielu Japończyków i innych obcokrajowców wychodzi na ulice, lub w przypadku Sapporo na mieszczące się w centrum miasta Odori (skrzyżowanie parku z pasażem dla pieszych i ulicą), gdzie odliczają do północy i być może otwierają szampana. Zasadnicza większość jednak ściąga na okres Nowego Roku do domu i świętuje rodzinnie. 31 grudnia Trochę jak Boże Narodzenie w Polsce, jest to czas przeznaczony dla rodziny i porządków. Nie wiedzieć czemu, w nowy rok trzeba wstąpić czystym, więc każdy musi zaliczyć kąpiel jeszcze 31-ego grudnia. Tym razem wykąpaliśmy się jeszcze w Sapporo i do Otaru ściągnęliśmy popołudniu. Nie ubieraliśmy się co prawda szczególnie efektownie, ale zaraz po przybyciu do domu rodziców (rodziców Akiko znaczy się) otrzymaliśmy łagodną zachętę, by przebrać się w coś wygodniejszego, czyli zmienić dżinsy na dresy, a nawet na piżamę w przypadku Akiko. Gdy zeszliśmy na dół, do pokoju dziennego, tata rytualnie włączył telewizor, otworzył puszkę piwa i zaczęliśmy oglądać program o niejakiej Risa-chan, która łowiła dużo ryb wędką. Mogę się jedynie domyślać, że była to lokalna gwiazda telewizji nadmorskiej. Otaru bowiem ma w sobie ten urok, że można je nazwać miastem portowym położonym w górach, lub też miastem górskim g położonym nad morzem. Risa-chan nałowiła tych ryb z piętnaście różnych gatunków, znacznie przyczyniając się do zubożenia życia na Ziemi. W międzyczasie z kuchni dobiegały odgłosy gotowania się ryżu, więc na chwilę przed ucztą tata rozlał sake do czterech kieliszków i postawił dwa na ołtarzyku dla bogów shinto i dwa dla ołtarzyku dla przodków. Wszyscy pomodlili się przez chwilę, złapali za kieliszki, wypili toast i po chwili na stół wtoczyła się misa z ryżem, dwa talerze surowej ryby w plasterkach, talerz gotowanych krabich nóżek, ogromne gotowane krewetki i kolejne piwa. Mniej więcej w tym samym czasie w telewizji rozpoczął się gwóźdź roku "Czerwone-Białe", czyli pojedynek płci na piosenki. Gospodarzem ze strony Białych był członek zespołu Smap-Smap, który śpiewa jeszcze gorzej ode mnie, ale za to fajnie tańczy. Ogólnego poziomu muzyki nie będę komentować. Po kilku latach zdążyłem się przyzwyczaić i polubić niektórych wykonawców, choć może nie tego: Ponieważ sam program trwał mniej więcej cztery godziny z okładem, a piwo zdążyło już wywietrzeć, udało mi się jakoś oderwać wzrok od ekranu i trochę popracować nad zaległym tłumaczeniem. W końcu biali faceci wygrali na piętnaście minut przed północą i telewizja zaczęła pokazywać ludzi gromadzących się w świątyniach w różnych miejscach rozsianych po Japonii, odłożyłem też komputer i z narastającym napięciem wynikającym niewątpliwie z przejedzenia czekałem na północ. Zegar w pokoju pokazywał co prawda, że nowy rok nadszedł już parę minut temu, ale rodzice należą do tego gatunku ludzi, którzy żyją przyszłością i ustawiają swoje zegary do przodu. Więc ludzie gromadzili się, gromadzili, co kilka minut uderzali w dzwony, aż tu nagle na ekranie wyskoczyło na chwilkę 0:00 a ludzie dalej się gromadzili i bili w dzwony i się gromadzili. - Happy New Year - powiedziałem do Akiko i pocałowałem ją skromnie w policzek - Happy New Year - odpowiedziała Akiko i pocałowała mnie skromnie w policzek - O yasumi nasai (dobranoc) - powiedzieli rodzice i poszli spać. - O yasumi nasai - odpowiedzieliśmy i poszliśmy spać. 1 stycznia W nowym roku wstaliśmy skoro świt o dziewiątej i zeszliśmy na śniadanie, czyli resztki ryby i całego pieczonego kurczaka. Tym razem w telewizji leciało Shoten - kolejny ulubiony punkt rodziny w japońskiej tradycji rozrywki, Shoten to program komediowy, w którym grupa mężczyzn improwizuje odpowiedzi na pytania lub krótkie dialogi na zadany temat. Im zabawniejsze pomysły tym więcej poduszek do siedzienia dostają. Bywa jednak i tak, że można te poduszki stracić i siedzieć na podłodze. Co prawda nie rozumiem niemal nic, ale nie przeszkadza mi to w śmianiu się z resztą rodziny ze wzlotów i upadków wykonawców. Nie da się ukryć, że śniadanie było obfite, więc koło południa wybraliśmy się na mały spacer do świątyni shinto. A że świątynia to jakieś piętnaście minut od domu, na spacer wybraliśmy się samochodem i przeszliśmy tyle, co od i do zaparkowanego auta. Ponieważ rok 2007 to rok Dzikiej Świni (mój tucznik, eee, rocznik) dostałem wyjątkowo pomyślną wróżbę na obecny rok, w którym wszystko czego się dotknę, zmieni się w złoto i paszę. Po powrocie z wyprawy coś niewątpliwie jeszcze robliśmy oprócz kontynuacji obżerania się kurczakiem i picia piwa, ale szczerze mówiąc pamiętam jedynie obiad, podczas którego mama chciała nas zamordować podając na stół dwie michy klusek soba z kaszy gryczanej, talerz z tempurą, czyli warzywami i krewetkami smażonymi na głębokim oleju i inne potrawy. W telewizji tymczasem leciał mój ulubiony noworoczny program "atleta roku", w którym sportowcy i niesportowcy udowadniali w różnych konkurencjach, który z nich jest najsilniejszy, najszybszy, nazwinniejszy i najwytrzymalszy. Jednym z nich jest Naoki Iketani, gość mniej więcej metr sześćdziesiąt, który potrafi przeskoczyć przez trzymetrową skrzynię na zdjęciu: ![]() ta skrzynia ma ponad trzy metry wysokości W tym roku nie wygrał, ale niewiele brakowało. My tym czasem udowadnialiśmy, kto ma największy, najpojemniejszy żołądek i najdłuższe kiszki i myślę, że zająłem miejsce na podium (było nas cztery osoby). Koło północy znowu zwinęliśmy się do łóżek, tym razem z bólem żołądka przypominającym wrażenia po zjedzeniu kompletu klocków lego. I na tym skończyły się obchody Nowego Roku. Podsumowanie jedzenie - dwie góry piwo - pięć małych puszek szampan - zero, słownie ZERO fajerwerki - brak telewizja japońska - mniej więcej 24 godziny (łącznie) telewizja inna - 5 minut komputer - 3 godziny internet - brak! ból żołądka - 24 godziny (łącznie) wizyty w toalecie (ho ho ho) zdjęć - brak spacery - 100 metrów waga - wciąż poniżej 80 kilo, choć w porywach dochodziła. Do siego roku!
sobota, 30 grudnia 2006
|